
Zastanawiałam się jak opisać tę książkę, ale doszłam do wniosku, że nie uda mi się tego zrobić tak znakomicie jak wydawca, a więc:
Lichotka. Dom nad rozlewiskiem to przy niej komórka na graty.
Gotycka rozpusta budowlana, spełniony sen szalonego stolarza, a w środku: zasmarkany anioł stróż, tajemniczy Krakers z tiramisu na dokładkę, jakieś tragiczne widmo i utopce w łazience. Jeszcze nigdy w życiu Konrad Romańczuk nie czuł się równie bezradny.
Dramatis personae:
Licho – Anioł stróż świętej pamięci pana Wincentego, budowniczego i pierwszego właściciela Lichotki. Pomocny, czyściutki, tylko by prał i pucował. Alergia na pierze. Wiecznie zasmarkany z tego powodu.
Krakers – Pradawny stwór z głębin odwiecznego zła. Przywołany w 1836. Panicz Zygmunt bawił się z nim w składanie ofiar. Po jego śmierci Krakers zadekował się w spiżarce i zajął się gotowaniem. To mu wychodzi znacznie lepiej niż sianie zagłady.
Widmo – Stan skupienia zmienny. Pozostałość eteryczna po paniczu Szczęsnym. Nieszczęśliwe zakochany w 1807 palnął sobie w łeb w kapuście. Ostatnio postanowił zostać odludziem i z pasją oddał się robótkom ręcznym. Poeta.
Szymon Kusy – Człowiek od wszystkiego. I do wszystkiego.
Zmora – Kotka. Charakterna, czasem gryzie, ale niezbyt mocno.
Utopce – Lokatorzy łazienki. Przeczuleni na punkcie higieny
Doprawdy, najbliższe miesiące w Lichotce zapowiadają się ciekawie. Aż nazbyt, gdyby kto pytał*.
Jak zwykle nie przeczytałam opisu wydawcy przed zabraniem się za lekturę. Ale znając „Nomen Omen” wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać. Tymczasem autorka kompletnie mnie zaskoczyła. Anioł, pradawny stwór i nieszczęśliwy młodzieniec – poeta – samobójca rodem z dziewiętnastego wieku. No tego to się doprawdy nie spodziewałam. I główny bohater Konrad raczej też nie. Nieźle się zdziwił, gdy Licho zeszło po schodach. W bamboszkach! Aha zapomniałam napisać, że Licho kocha sprzątać – jak mnie by się przydał taki Anioł Stróż, bo akurat cały tydzień zabieram się za sprzątanie i ciągle mi coś przeszkadza. Krakers, czyli ten pradawny stwór gotuje. Łał, gotuje, dajcie mi takiego, bo odkąd urodziłam Kukę, to głodna chodzę. To mit, że matki w pierwszych miesiącach są niewyspane, ja jestem wyspana, za to głodna, bo nie mam czasu sobie nic ugotować. No bez poety Szczęsnego – nieszczęsnego mogłabym się obejść. Pewnie szybko by mnie zirytował i dostał patelnią w czaszkę, a i Utopce szybko bym usunęła z wanny (wanna jest tylko moja!). Ale z drugiej strony jak są zalety to muszą też być i wady. I Konrad choć początkowo nie mógł uwierzyć w to co widzi, a ja w to co czytam, to w końcu się przyzwyczaił, a może nawet zaakceptował?
„Dożywocie” Marty Kisiel to przede wszystkim przezabawna książka. Mnóstwo w niej dobrego humoru, komicznych sytuacji na miarę Chmielewskiej, absurdalnych scen. Może zabrakło tutaj nieco spójniejszej fabuły, dla mnie jest to raczej zlepek opowieści o Lichotce i jej mieszkańcach, ale nie jest to jakaś wada, a tym bardziej przeszkoda w lekturze. W jakże przyjemnej lekturze trzeba dodać. Autorka ma lekki styl i wyjątkowy talent do oddziaływania na wyobraźnię czytelnika. Każdą opisaną scenę z łatwością można zobaczyć we własnej głowie, co wzmacnia tylko wybuchy śmiechu. Po komizmu nie można „Dożywociu” odmówić. Sami mieszkańcy Lichotki to zgraja stworzeń, które co rusz wikłają się w zabawne sytuacje, chociaż zaraz, wróć. Oni sami w sobie są śmieszni. No wyobraźcie sobie, Anioł, który ma alergie na pierze! I na dodatek nosi bamboszki!
„Dożywocie” to zdecydowanie książka, do której będę wracać. A niewiele mam takich tytułów. To historia świetna na jesienną chandrę, zimową depresję. Tak usiąść w fotelu, zawinąć się w kocyk, w ręce gorąca czekolada, a na ramieniu Anioł Stróż. Alleluja.